Autor Wątek: Robert Lenert poleca.  (Przeczytany 9056 razy)

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Robert Lenert poleca.
« dnia: Lipiec 05, 2014, 23:53:12 »
Jakoś tak niedemokratycznie , ale zgodnie z moja dewizą sztuka nie znosi demokracji. Będę tutaj polecał albumy, które uważam za wartościowe. Pojawią sie tutaj płyty z różnych lat. Gatunkowo, tez będzie różniaście. Rzeczy popularne i te bardzo mało znane. Oczywiście zapraszam do komentowania tego co napiszę. Nie ma obowiązku zgadzania się ze mną.

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #1 dnia: Lipiec 05, 2014, 23:56:11 »
Kid Koala – 12 Bit Blues
Nakładem wytwórni zasłużonej dla tzw. muzyki klubowej  skutecznie promującej acid-jazz na parkietach nocnego Londynu ukazał się właśnie album Kida Koali zatytułowany „12 bit Blues”. Kid Koala ( wł. Eric San) to producent, DJ, turntablista i solidnie wykształcony ( klasycznie) pianista, który obok Funki Porciniego i Clifforda Gilberto stanowi o sile oficyny Ninja Tune. Ten urodzony w Kanadzie artysta w którego żyłach płynie chińska krew  ma na swoim koncie kilka solowych albumów oraz sporo ścieżek  dźwiękowych do filmów. Znany jest też ze współpracy z grupami rockowymi . W kręgu jego zainteresowań zawsze był jazz , który to przetwarzał na swoją modłę. Nie stronił też  od eksperymentów z materią bluesową. Jednak najnowszy album jest jak na razie jedyną produkcją całkowicie poświęconą temu gatunkowi. Te dwanaście utworów to arcyciekawa mozaika „poskładana” z różnej maści sampli, loopów, generowanych brzmień, okraszonych grą na gramofonach traktowanych jak pełnoprawny instrument melodyczny oraz instrumentach klawiszowych. Kid potrafi wykonywać  całe partie solowe zmieniając wysokość dźwięku za pomocą zwalniania bądź przyspieszania prędkości obrotowej płyt. Należy dodać, że robi to perfekcyjnie. „12 bit Blues” to swoisty przewodnik głównie elektrycznego bluesa inteligentnie poddany zabiegowi  uwspółcześnienia. Usłyszymy tutaj utwory inspirowane muzyką Muddy Watersa czy Johna Lee Hookera i innych mistrzów. Układanka jest  tak znakomita, że mamy wielki problem, by odróżnić wstawki samplowane od tych wygenerowanych przez Kida. Polecam zarówno tradycjonalistom jak i szukającym nowych doznań. Majstersztyk acid-bluesowy!
                                                                                                                                                      Robert Lenert

Marcin

  • Admin
  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 661
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #2 dnia: Lipiec 06, 2014, 01:00:10 »
Drogi Robercie , mnie bardzo fajnie się czyta Twoje teksty , dlatego pisz co Ci w duszy gra !
Ja w tematach muzycznych nie zabieram głosu bo za cienki w uszach jestem  :)

jotte

  • Jr. Member
  • **
  • Wiadomości: 54
  • Czemu to właśnie oko
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #3 dnia: Lipiec 06, 2014, 16:20:49 »
Robert w wolnej chwili wrzucę Twoje recenzje z Viridis

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #4 dnia: Lipiec 10, 2014, 12:48:20 »
Mississippi Big Beat „Delta Disco”

Niedawno trafił w moje ręce promocyjny egzemplarz   najnowszego albumu  węgierskiej formacji Mississippi Big Beat noszący dosyć prowokacyjny tytuł „Delta Disco”. Czy jednak do końca prowokujący? Nie od dzisiaj wiadomo, że wielu legendarnych muzyków bluesowych nie stroniło od grania na potańcówkach. Missisippi Big Beat tworzą gitarzysta i wokalista ( grający też na banjo) Csaba “Boogie” Gal,  harmonijkarz Andor Olah (niestety zmarły niedawno) oraz dwójka  DJ-ów Szabi Mate i Dure. Ponoć  inspiracją do powstania tej płyty była setna rocznica urodzin Roberta Johnsona.  Jeśli tak, to Robert  ma powody do radości patrząc z obłoków na prezent jaki otrzymał od muzyków  znad Dunaju. Węgrzy wzięli na tapetę garść klasycznych kompozycji oraz kilka własnych utworów  utrzymanych w konwencji  gatunku.  Perfekcyjnie wszystko zaaranżowali, podlali  DJ-skim sosem rodem z ambitnego, angielskiego  clubbingu. Ozdobili znakomitymi  partiami gitar i harmonijki oraz świetnym wokalem.  Efekt przeszedł wszelkie oczekiwania. Powstała fantastyczna muzyka.  Z jednej strony bardzo zakorzeniona w  tradycji delty, z drugiej niezwykle atrakcyjna dla inteligentnego, współczesnego, młodego słuchacza. Moim zdaniem ten materiał jest równie wartościowy tak dla purystów jak i poszukiwaczy nowych brzmień. Węgrom udała się niełatwa sztuka. Zrobić nowe w duchu bardzo starego. Co ważne nic nie brzmi tutaj sztucznie. Symbioza bluesowo dj-ska jest całkowita.  Pozostaje tylko czekać z nadzieja, aż ta muzyka pojawi się w jakimś  modnym londyńskich klubie. Moim zdaniem ma realną szanse, by stać się popularna.  Czego twórcom albumu serdecznie życzę.
                                                                                                                                                  Robert Lenert

Piotrek

  • Mod
  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 1370
    • Obrazki
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #5 dnia: Lipiec 10, 2014, 17:23:54 »
 :o
Robercie!
Jak Ty coś polecisz, to aż człowiek sie boi posłuchać   :P  :-[

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #6 dnia: Lipiec 16, 2014, 00:05:55 »
Kolejna, którą polecam. Tak, tak jest na winylu.

Hugo Race Fatalist – We Never Hand Control

Hugo Race to artysta niezwykły, aktywny od lat 80-tych na australijskiej scenie post-punkowej. Niegdyś w składzie Bad Seeds,  Lider True Spirit, z którym nagrał kilkanaście płyt . Nowy album firmuje razem z włoskim zespołem Fatalist . Jest to zbiór wokalno instrumentalnych utworów o bluesowo-post-punkowej preferencji. Akustyczne i elektryczne  instrumenty mierzą się tu z analogowymi brzmieniami w rozległych przestrzeniach dźwiękowych. Hugo zadziwia tu połączeniem dramatyzmu i melancholii, brutalności i piękna.  Jego transowy blues pozostaje – ale jakby trochę ukryty. Charakterystyczną cechą albumu jest specyficzna afrykańska pulsacja. Nie jest ona nachalna, raczej dyskretnie schowana a mimo to stale obecna.  Muzyka ma też coś z ducha słynnej  „Nebraski”  Bruce Springsteena . Elektryczna  i stalowa gitara, balafon, skrzypce, wiolonczela , bas,  różne instrumenty perkusyjne, przydymiony mroczny wokal lidera wspierany dyskretnie glosami  Vicki Brown, Hellhound Brown oraz Catherine Graindorge otoczony czasami brzmieniem błądzących w przestrzeni syntezatorów tworzy niepowtarzalny w pewnym sensie spirytystyczny klimat .  Słuchając tych dźwięków mam nieodparte skojarzenia z szybowaniem w przestworzach, unoszeniem się na wietrze , bądź lewitacją. Na tle tych eterycznych obrazów muzycznych Hugo Race snuje swoje przepięknie melodie. Pieśni pełne zadumy  a może i smutku. W osobach Antonio Gamentieri, Diego Sapignoli, Franko Naddei, Francesco Giampaoli czyli trzonu  Fatalist i wymienionych wyżej pań Hugo znalazł wręcz perfekcyjnych kompanów do realizacji swoich muzycznych wizji. Cudowna płyta!
                                                                                                                                                         Robert Lenert

jotte

  • Jr. Member
  • **
  • Wiadomości: 54
  • Czemu to właśnie oko
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #7 dnia: Lipiec 17, 2014, 08:39:21 »
Wrzucam recenzje Roberta które cyklicznie ukazują sie w moim magazynie.
Pomimo że grupa odbiorców to target niekoniecznie muzyczny, w miarę udało się połaczyć ogrodnicztwo z muzyką.
U2 Joshua Tree


U2  to jedna z ikon współczesnej muzyki rockowej.
Zespół powstał w 1975 roku w Dublinie w Irlandii. Początkowo działał pod nazwą Feedbebak przemianowaną  w 1978 na U2 (nazwa amerykańskiego samolotu szpiegowskiego). Pierwszym sukcesem grupy było zwycięstwo podczas konkursu dla amatorów w Limerick w roku 1978. Wkrótce potem, kwartet podpisał kontrakt z CBS, a następnie z Island.
Muzyka U2 zaskakuje dystansem z jakim muzycy traktują stylistyczne kanony rocka lat 80-tych, jak również inwencją melodyczną, bogactwem i świeżością pomysłów brzmieniowych.
Trzon składu stanowią Bono (właściwie Paul Hewson) - wokalista, okazjonalnie harmonijkarz i gitarzysta, The Edge (David Evans) -
gitarzysta, klawiszowiec oraz wokalista uzupełniający, Adam Clay-ton - gitarzysta basowy i Larry Mullen - perkusista.

Największym osiągnięciem artystycznym formacji jest bez wąt-pienia omawiany tutaj album , czyli ” The Joshua Tree”.

To jedna z najpopularniejszych i najbardziej inspirujących płyt lat osiemdziesiątych. Zawiera zarówno spokojne ballady, np.„Running To Stand Still” jak i kompozycje pełne rockowej furii choćby „Bullet The Blue Sky”. Wszystkie utwory zachwycają wspaniałymi  liniami melodycznymi, oszczędną i pomysłową aranżacją opartą na charakterystycznym sposobie gry na gitarze jaką wypracował The Edge. Indywidualizm tego gitarzysty, jego niepodrabialne  brzmienie, inteligentne i bardzo twórcze używanie elektronicznych efektów gitarowych, geniusz w operowaniu intensywnymi  mikro-formami rytmiczno melodycznymi sprawia, że nie pomylimy U2  z żadną inną formacją. W ten sposób na gitarze nie gra nikt inny. 
Muzyka U2 to coś na kształt postpunkowego brzmienia okraszonego wzniosłością, abstrakcją i finezją. Ta muzyka unosi się niczym mgła, raz lekka i zwiewna raz kłębiąca się i przytłaczająca swoim ciężarem. Poważny mentorski ton tekstów napisanych przez Bono, mimo upływu lat, do dzisiaj nie stracił swojej aktualności.
Wokalista śpiewa o sprawach ważkich. Porusza problemy wolnościowo narodowe, potępia politykę  mocarstw.  Zastanawia się nad brakiem solidarności w środowiskach robotniczych krajów uprzemysłowionych. Rozmyśla  nad powodem  zaniku wiary w miłość i osiągalność szczęścia. Przestrzega przed ucieczką w narkotyczne sny. Roztrząsa problemy egzystencjalnej rozpaczy, która potrafi popchnąć do zbrodni.
Jednym z producentów muzycznych tego dzieła jest Brian Eno, postać niezwykle ważna. Muzyk wizjoner, twórca stylu zwanego ambient. Za jego sprawą zespół w pełni wykorzystał możliwości techniczne jakie drzemią w studiu nagraniowym.
The Joshua Tree to album ponadczasowy, po który warto sięgać.
To płyta ważna w kontekście rozwoju współczesnej muzyki rozrywkowej. To materiał, który na stałe zapisał się w historii fonografii.

jotte

  • Jr. Member
  • **
  • Wiadomości: 54
  • Czemu to właśnie oko
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #8 dnia: Lipiec 17, 2014, 08:46:17 »
The Velvet Underground and Nico

The Velvet Underground - amerykański zespół rockowy w którego skład wchodzili studenci uczelni artystycznych, będący przedstawicielem awan-gardy rockowej. Grupa działając na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku wpisała się w nurt pop artu, będąc tego ruchu najwybitniejszym muzycznym przedstawicielem. Teksty utworów zespołu odgrywały wielką rolę w muzyce. Bardzo poetyckie i często bulwersujące propagowały idee współczesnego, lewicującego i dotkniętego obyczajową rewolucją środowiska młodych intelektualistów. Opiekunem artystycznym grupy i autorem projektów graficznych okładek albumów był jeden z najbardziej znanych przedstawicieli sztuki pop-artu Andy Warhol.
Liderem grupy, znanym z późniejszej kariery solowej był wokalista i gitarzysta Lou Reed. W 1996 grupa została wprowadzona do Rock and Roll Hall of Fame.
Najsłynniejszy skład:
John Cale - instrumenty klawiszowe, wiolonczela, altówka, gitara,
Nico - śpiew, Lou Reed - gitara, śpiew, Maureen Tucker - perkusja,
Sterling Morrison - gitara basowa, śpiew.
Wynikiem współpracy z Warholem była debiutancka płyta zespołu ozdobiona przez niego wizerunkiem banana. Artysta zainspirował też teksty kilku utworów i wprowadził do składu zespołu swoją podopieczną Nico.
Według informacji zawartej na kopercie albumu był też producentem. Mija się to jednak z prawdą. Odpowiadał on raczej za atmosferę całości, natomiast pracę producentów  wykonali Norman Dolph ( anonimowo) i Tom Wilson.
„The Velvet Underground and Nico” to ponury odpowiednik optymizmu Zachodniego Wybrzeża USA końca lat 60, reprezentowanego między innymi przez takie formacje jak  Mamas and Papas czy The Beach Boys.
Kompozytorem lub współkompozytorem utworów i autorem wszystkich tekstów był Lou Reed. Brzmienie albumu jest szorstkie.
Nie jest to dziwne, bo sesja nagraniowa trwała zaledwie osiem godzin!
To brzmienie lo-fi (przeciwieństwo hi-fi) w połączeniu z cwaniackimi tekstami Reeda wprowadziły niepokojący klimat do rock&rolla.
Kompozycja „Heroin” jest amoralną rozprawą  na temat tytułowego narkoty-ku, „Venus In Furs” to z kolei zmysłowy pean dla sadomasochizmu ozdobiony niesamowita altówką Cale’a, raz delikatna a raz tnącą jak bicz. Repertuar albumu robi wrażenie przeglądu stylistyk obowiązujących w muzyce końca lat sześćdziesiątych, od folku w klimacie Dylana, po rock psychodeliczny oparty na modalnych skalach charakterystycznych dla hinduskiej tradycji muzycznej.
W wielu nagraniach pojawiło się tez spiętrzenie ostrych dysonansów i deformacji brzmienia. Te gitarowe „brudy” często są zestawiane z jakby martwymi stojącymi dźwiękami elektrycznej altówki i fortepianu przywodzącymi na myśl współczesną awangardową kameralistykę. The Velvets umieli też pisać sielankowo piękną i bardzo przystępną muzykę. Choćby otwierający płytę „Sunday Morning ” lub „Tomorrow’s Parties”. Zestawienia tak kontrastujących utworów miało swoje uzasadnienie w tekstach. Ze zdumiewającą w tych czasach otwartością mówiły o narkomanii, deprawacji nieletnich.
Można powiedzieć, że wraz z ukazaniem się pierwszej płyty Velvet Underground muzyka rockowa utraciła swoją niewinność.
Ten historyczny album po dzień dzisiejszy szokuje i jednocześnie zachwyca.

jotte

  • Jr. Member
  • **
  • Wiadomości: 54
  • Czemu to właśnie oko
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #9 dnia: Lipiec 17, 2014, 08:49:16 »
R.E.M. - Murmur

Zespół R.E.M. powstał w marcu 1980 roku w miasteczku akade-mickim University of Georgia w Athens. Początkowo działał pod nazwą REM, zmienioną na  Rapid Eys Momvement, a w końcu na R.E.M.. Występował w małych klubach wykonując przeboje sprzed lat z repertuaru The  Mamas and The Papas , The Kingsmen, Sex Pistols, Television i innych grup rockowych.
Niebawem dorobił się też własnego repertuaru. Nigdy nie zabiegał o sukces, ale zdobył duże uznanie wśród publiczności akademickiej.
W roku 1983 nagrał album „Murmur”  który zwrócił uwagę recen-zentów. Płyta została uznana przez prestiżowy Rolling Stone za album roku. Od tej pory kariera potoczyła się gładko. Pomimo to  do 1988 był uważany za zespół podziemia artystycznego. Rok ten oka-zał się punktem zwrotnym za sprawą podpisania lukratywnego kontraktu (dziesięć milionów dolarów) z koncernem Warner Brot-hers.
Skład:  Michael  Stipe – voc, Peter Buck – g, b, dr, Mike Mills – b, voc, Bill Berry – dr, g, mand.
Płyta  “Murmur” ukazała sie nakładem wytwórni IRIS.
Stipe jako autor tekstów  skłania się na tym albumie ku zamglonym, impresyjnym obrazom poetyckim. Trzy lata po napisaniu kultowego utworu „Pilgrimage” pochodzącego z tego krążka, Michael Stipe przyznał że „ten tekst nadal mnie zaskakuje”.
Może dlatego debiutancki album grupy z jego mocno pogmatwanym przesłaniem jest odpowiednio zatytułowany (murmur – szmer, mam-rotanie, pomruk). Skip uważał,  że sugestie i tajemnicza metaforyka może znaczyć więcej niż poezja klasyczna. Znamiennym jest, że wczesny R.E.M. potrzebował zawodzącego Skipe’a  by czymś się wyróżnić na tle innych alternatywnych kapel  w Athens. Muzycznie formacja wykazywała się dobrą znajomością tradycji rockowej zwłaszcza tej spod znaku The Byrds, Jefferson Airplane, The Doors czy Led Zeppelin ( dwa ostanie zespoły mają raczej śladowy wpływ na „Murmur”). Muzyka na debiutanckim albumie lawiruje pomiędzy  dźwięcznym gitarowaniem Petera Bucka, a dręczącymi melodiami śpiewanymi przez wokalistę. Album nagrano w studiu Carolina specjalizującym się w rejestracji muzyki gospel. I nie jest to bez znaczenia  dla produkcji  dźwięku. Nad muzyką unosi się trudny do opisania eteryczny duch. Album okazał się sensacją. Co ważne brzmi on równie świeżo dzisiaj jak wtedy w dniu premiery. Jak widać i słychać prawdziwa sztuka nie poddaje się upływowi czasu. W sesji brał też udział klasycznie wykształcony wiolonczelista, który nijak nie mógł zrozumieć, że ma improwizować zamiast wykonywać ściśle zapisaną w nutach partię. Wywiązał się jednak mistrzowsko ze swojej roli (utwór wieńczący płytę). Gotycka w stylu okładka, ma lokalny wydźwięk. Przedstawia pnącą winorośl kudzu, która rośnie w Georgii oraz kolejową estakadę w Athens.

jotte

  • Jr. Member
  • **
  • Wiadomości: 54
  • Czemu to właśnie oko
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #10 dnia: Lipiec 17, 2014, 08:53:20 »
Eric Clapton - 461 Ocean Boulevard


Eric Clapton to brytyjski  gitarzysta i wokalista, który swoją błyskotliwą karierę muzyczną  rozpoczął we wczesnych latach sześćdziesiątych.
Miał wkład w dorobek tak znaczących formacji jak legendarni The Yardbirds , suprgrupa Cream , Blind Faith czy Derek & the Dominos.
Współpracował z Johnem Mayallem i jego Blues Breakers tworząc wspólnie ponadczasowe dzieło „John Mayall Blues Breakers  with Eric Clapton”. 
Pierwszy solowy album zatytułowany enigmatycznie „Eric Clapton” zrealizował w roku 1970. Potem nastąpił kryzys spowodowany uzależnie-niem od heroiny. Dzięki wydatnej  pomocy kolegów z branży wrócił na scenę w roku 1973 realizując materiał koncertowy zatytułowany „Eric Clapton’s Rainbow Concert”. 
„461 Ocean Boulevard” to drugi studyjny album w jego solowej dyskografii. Płyta została nagrana na Florydzie nieopodal jego prywatnej posiadłości ( tytuł to nic innego jak adres takowej).
Stronę pierwszą  oryginalnego, winylowego wydania otwiera  tradycyjny temat o rodowodzie R&B w bardzo efektownej koronkowej aranżacji mistrza. Po nim pojawia się utwór autorski Erica utrzymany w rytmie „Bo Diddley”.  Kolejne piosenki nawiązują  to do bluesa, country czy reggae
( słynne „I Shot The Sheriff” wieńczące stronę A, kompozycja Boba Marley’a ). Na płycie nie ma długich rozbudowanych partii solowych gitarzysty, które dawniej były jego znakiem rozpoznawczym.
Kompozycje są zwarte i bardzo treściwe.  Clapton na tym krążku stawia nie na popisy solowe, a na drobne perełkowe niuanse. 
Stronę B rozpoczyna blues Elmora Jamesa „I Can’t Hold Out”.
Bluesowe  nuty  ( „Steady Rollin’ Man” Roberta Johnsona ) na tej stronie płyty ścierają się z pięknymi balladami ( np. „Let It Grow” – autorska piosenka Claptona) oraz utworami o rodowodzie countrowym i rockowym. Właśnie taki rockerem  jest utwór wieńczący płytę. To oparta na znakomitym riffie kompozycja gitarzysty towarzyszącemu Ericowi  podczas tej sesji nagraniowej. Mam na myśli George’a Terry’ego  i  jego „Mainline Florida”.
Eric Clapton – 461 Ocean Boulevard, to dzieło skończone, ponadczasowe, album perfekcyjny. Po latach nic nie stracił ze swojej atrakcyj-ności. Powiem więcej. Po latach stał się niedoścignionym wzorcem muzyki, która w swoim zamyśle ma być z jednej strony relaksująca,
 a z drugiej zawierać odpowiedni ciężar gatunkowy. 
Ericowi Claptonowi  ta sztuka się udała.  Sam ze swej strony szczególnie polecam jego wersję winylową wydaną w 1974 roku nakładem amery-kańskiej oficyny RSO Records. To tłoczenie brzmi znakomicie!
 Niebawem lato…. A ta muzyka idealnie pasuje do tej pory roku.   
Podstawowy skład:  Eric Clapton – gitara, dobro, wokal; George Tery – gitara; Yvone Elliman – wokal : Albhy Galuten – piano, syntezator;  Dick Smith – organy;  Carl Radle – bas:  Jamie Oldaker – perkusja, instrumenty perkusyjne

jotte

  • Jr. Member
  • **
  • Wiadomości: 54
  • Czemu to właśnie oko
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #11 dnia: Lipiec 17, 2014, 09:00:34 »
Booker T. & the M.G.s - Green Onions

Ten album wydany w roku 1962 nakładem zasłużonej dla soulu  amerykańskiej wytwórni Stax jest sporym ewenementem w historii  szeroko rozumianej muzyki rockowej.
Grupa  Broker T. And M.G.s powstała w 1961 w Memphis  w stanie  Tennesee (drugi człon nazwy  stanowił inicjały The Memphis Group).
Założył ją  Brooker T.  Jones organista, pianista, basista, klarnecista, trębacz i wokalista. Jones był gruntownie wykształconym muzykiem, kompozytorem, aranżerem i producentem nagrań.
Do współpracy zaprosił  znakomitego gitarzystę Steve Croppera
(współtwórcę przebojów Otisa Reddinga, Wilsona Picketta, Arethy Franklin oraz cenionego realizatora nagrań współpracującego z Stax Records), świetnego sesyjnego basistę  Donalda „Duck” Dana (obaj wiele lat później stają się podporą The Blues Brothers) i cenionego perkusistę Ala Jacksona. Wszyscy czterej muzycy uczestniczyli w nagraniach artystów związanych z firma Stax – Reddinga, Picketta, Carli Thomas, Rufusa Thomasa, duetu Sam and Dave, że wymienię tylko najważniej-szych.  Znakomite umiejętności oraz ogromne doświadczenie studyjne i estradowe wpłynęło na niebotyczny poziom artystyczny albumu „Green Onions”.
Jak już wcześniej pisałem płyta ta była pewnym ewenementem w świecie rocka, bluesa i soulu. Mianowicie zawierała wyłącznie materiał instru-mentalny i mimo że wymienione wcześniej gatunki są zdominowane przez muzykę instrumentalno-wokalną, odniosła wielki sukces komercyjny!  Tytułowe nagranie, będące hitem dużego formatu powstało podczas jamu gdy zespół rozgrzewał się w studio czekając na właściwą sesję nagraniową. Owocem tej improwizacji był utwór utrzymany w konwencji soul-bluesa, oparty na  fenomenalnym riffie organowym, który do dzisiaj jest namiętnie kopiowany przez niezliczone rzesze wykonawców z kręgu rocka i bluesa. 
Obok autorskiego materiału  płyta zawiera też  bardzo oryginalne adap-tacje cudzych kompozycji  (np.  I Got A Woman, Twist And Shout,  czy One Who Really Loves You). 
Zwarty i bardzo treściwy materiał czerpiący z bluesa oraz soul-rockowej fuzji  brzmiał w owych latach wręcz niesamowicie. Kapitalne organowe riffy podparte znakomicie pulsującą sekcją, przecinane kąsającą gitarą Croppera stały się kanonem muzyki rozrywkowej.
Inspirowały formacje tej klasy co The  Allman Brothers Band , czy Deep Purple.  Proszę posłuchać  “zielonych cebulek”, lektura obowiązkowa. 
I jeszcze taka ciekawostka na koniec. 
Steve Copper  i  Donald „Duck” Dan byli białymi nagrywającymi dla wytwórni Stax wydającej wyłącznie czarną muzykę.
 

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #12 dnia: Sierpień 15, 2014, 18:31:15 »
Kate Bush – The Sensual World

Głos tej pani jest tak charakterystyczny, że ktokolwiek choć trochę interesujący się muzyką rozrywkową jest w stanie bezbłędnie już po kilku nutkach słuchanego utworu jednoznacznie powiedzieć: „ ooo Kaśka śpiewa”. Kate Bush zadebiutowała fonograficznie w roku 1978. Dzięki wsparciu Davida Gilmoura już w 1973 nagrała ( za jego pieniądze) kilka autorskich piosenek. W końcu lat osiemdziesiątych była dla rokowej publiczności objawieniem. W dobie punkowych ekscesów zaproponowała repertuar urzekający świeżością i bogactwem melodii oraz kunsztownymi aranżacjami.  The Sensual Wolrd to siódmy album w dyskografii artystki. Tytuł tego dzieła nie kłamie. Muzyka która zaczyna nas otaczać wraz z włączeniem płyty jest bardzo zmysłowa. Nieskazitelny, bardzo wysoki głos Kate przeplata się z licznymi instrumentami tworząc falujące oceany przepięknych dźwięków. Wokalistka jest otwarta na różne kultury muzyczne i słychać to na omawianym albumie. Trio Bułgarka , skrzypce wirtuoza Nigela Kennedy, gitara Davida Gilmoura oraz cała masa innych perfekcyjnie nagranych i zaaranżowanych instrumentów przeplata się raz to w klimatach irlandzko-celtyckich raz dalekowschodnich, by czasem uderzyć w mocniejszą rockową nutę. Kompozycje są perełkowe i perliste jednocześnie. Tutaj nic nie jest oczywiste. Tę muzykę można określić jako…. No właśnie? Chyba najlepiej pozostać przy stwierdzeniu. Panie i panowie przed państwem jedyna niepowtarzalna Kate Bush. Nie ma w tym przesady. Naprawdę ciężko znaleźć artystę równie oryginalnego i kreatywnego. Fantastyczne wokalizy, intrygująca nieszablonowa strona rytmiczna utworów oraz pełne przepychu wręcz orkiestrowe brzmienie nie stroniące tak od inteligentnej elektroniki jak i egzotycznych instrumentacji sprawia , że mamy do czynienia z jedną z najważniejszych płyt lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Folkowe wpływy ( z rodzimej Irlandii), głos taty artystki w utworze o nauce pływania, to pewna symbolika mówiąca o przejściu w życie dorosłe. „Zmysłowy Świat” to świat trzydziestoletniej, nieco wyciszonej Kate Bush. Pewnie część słuchaczy zapamięta ją jako dziewiętnastolatkę śpiewającą „Wichrowe Wzgórza” , ale reszta podąży za nieuniknionym rozwojem muzycznym tej damy angielskiej sceny ambitnego rocka. The Sensual World to dzieło wielowarstwowe i wymagające. Z tego powodu proszę wsłuchać się  w skupieniu i słuchać do czasu aż zrozumiemy wszystkie niuanse. Wtedy nie będziemy mieć najmniejszych wątpliwości. Piękna muzyka do wielokrotnego słuchania i odkrywania. Zdecydowanie polecam krótszą wersje winylową tego krążka. Na Cd jest co prawda dodatkowy utwór bonusowy, ale jakoś niedopasowany do klimatu całości zmysłowej opowieści.
                                                                                                                                       Robert Lenert   

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #13 dnia: Październik 19, 2014, 22:43:28 »
Caravan - If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You  ( Decca 1970 r )

Caravan to legendarna grupa, będąca obok The Soft Machine  ( co ciekawe oba zespoły powstały na bazie muzyków związanych wcześniej z formacja Wild Flowers) symbolem i kwintesencją brzmienia tzw. sceny Canterbury.
Caravan powstał w styczniu 1968 roku ( inne źródła podają ,że w czerwcu 1967 ) i założyli go niektórzy byli członkowie Wilde Flowers : Pye Hastings ( właściwie Julian Hastings, gitara i śpiew ), David Sinclair ( instrumenty klawiszowe, organy Hammonda ), Richard Sinclair ( bas, śpiew ) i Richard Coughlan ( perkusja ).
Na początku wszystko wydawało się łatwe i proste, muzycy optymistycznie patrzyli w przyszłość i mimo przykrych doświadczeń z okresu  działalności w Wilde Flowers (grupie tej nie udało się zainteresować swoją muzyką żadnej firmy fonograficznej) liczyli na sukces artystyczny i finansowy. Okazało się jednak, że tuż po wydaniu debiutanckiego albumu zatytułowanego „Caravan”  wytwórnia Verve zamknęła swój europejski oddział i zespół pozostał bez kontraktu płytowego. Na szczęście zespołem zainteresował się producent  David Hitchcock. To dzięki niemu Caravan podpisał umowę z firmą Decca. Drugi album grupy a pierwszy pod skrzydłami nowej oficyny okazał się arcydziełem zespołu. Należy dodać że nie ostatnim w ich karierze.
"If I Could Do It All Over Again, I'd Do It All Over You"   zawiera osiem różnych pod względem czasu trwania kompozycji, obok trwającego niespełna dwie minuty "Limits" trwający ponad czternaście "For Richard". Muzyka błyszczy urzekającymi melodiami, perfekcyjnymi aranżacjami, niebanalnymi harmoniami, zmieniającym się rytmem, tempem, dynamiką oraz nastrojem. Na przemian pojawiają się charakterystyczne dla Caravanu partie organów Hammonda (o których można śmiało powiedzieć, że są pełne najwyższych lotów wirtuozerii) fletu, saksofonu i gitary ( nie gorsze od tych hammondowych), a nad tym wszystkim unosi się piękny, melancholijny śpiew Richarda Sinclaira. Ta muzyka ma jakiś do końca nie określony a jednak baśniowy nastrój. Grupie udało się połączyć znakomite, chwytliwe, chwilami wręcz popowe melodie z elementami nowoczesnego jazzu i progresywnym rockiem. Proporcje są tak wyważone, iż otrzymujemy materiał z jednej strony wielkiej wagi artystycznej z drugiej wyjątkowo komunikatywny nawet dla mniej wyrobionego słuchacza. Trudno  jednoznacznie wyróżnić któryś z utworów ze względu na niebotycznie wysoki poziom wszystkich umieszczonych na płycie. Jeśli już mam się o to pokusić, to proponuję rozimprowizowany, lawirujący gdzieś między  jazzem i rockiem "For Richard", piosenkowo- rockerskie tytułowe "If I Could ..." folkowo-wodewilowo-celtyckie "Hello Hello" i niezwykle pomysłowe "With An Ear To The Ground You Can Make It".  Za produkcję nagrań odpowiadali sami muzycy i ich menadżer Terry King. Gościnnie na flecie i saksofonie zagrał Jimmy Hastings. Wydanie kompaktowe wzbogacono o nie publikowane wcześniej "A Day In The Life Of Maurice Haylett" i wersje demo "Why? ( And I Wish I Were Stoned )", "Clipping The 8th( Hello Hello )"  oraz "As I Feel I Die".
                                                                                                                                                                                                      Robert Lenert

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #14 dnia: Październik 19, 2014, 22:55:18 »
Beata Przybytek ""I'm gona rock you"
 
Rewelacja!!!  To wystarczy. Oczywiście postaram sie przybliżyć Państwu zawartość tego wspaniałego albumu.  Beata Przybytek to dla mnie największe odkrycie tego roku. Wstyd się przyznać, że dopiero za sprawą tej płyty  poznałem twórczość i nieprzeciętne możliwości tak kompozytorskie jak i wokalne artystki. Przybytek nie jest osobą, która swoje sekrety związane z wokalistyką trzyma egoistycznie dla siebie. Obok pracy estradowo studyjnej jest wykładowcą Wydziału Jazzu A. M. w Katowicach. Skład muzyków jacy razem z nią wzięli udział w sesji nagraniowej w dużej mierze jest oparty na kolegach związanych z Akademią. Nie dziwi więc fakt , że tak od strony wykonawczej jak i aranżacyjnej mamy do czynienia z absolutną perfekcją. Wszystkie utwory jakie znalazły się w programie albumu są autorskimi kompozycjami liderki. Angielskie teksty w większości pochodzą z pod pióra Alicji Maciejewskiej a dwa napisała pani Beata. Prezentowana muzyka ma coś z ducha dokonań Patricii Barber i Cassandry Wilson. Chodzi tutaj zdecydowanie o klimat i przenikalność bluesa i jazzu a nie o bezpośrednie odniesienia formalne. Beata Przybytek ma niesamowity dar pisania nośnych tematów. Nie dość, że numery mają siłę przebojów, to na dodatek nie tracą ciężaru gatunkowego. Tym co otrzymujemy jako efekt finalny jest "zbluesowiony" jazz. W tej muzyce jest dusza. Partie gitar utrzymane w konwencji Marca Ribota brawurowo zagrane przez Damiana Kurasza , fenomenalna gra sekcji rytmicznych /Skolik, Berny, Dziedzic, Muzol, Kupiec, Kowalewski/, znakomite piano, organy, akordeon, trąbka, wibrafon. Tutaj nie ma słabych punktów.       
                                                                                                                                                                                                 Robert Lenert