Autor Wątek: Naoczne relacje ze światowych zakupów płytowych  (Przeczytany 1315 razy)

Piotruś

  • Mod
  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 1066
Naoczne relacje ze światowych zakupów płytowych
« dnia: Styczeń 17, 2015, 22:53:00 »
Czasami się podróżuje i czasami się w czasie tych podróży kupuje płyty. A, że każdy krajowy rynek płytowy ma swoje indywidualne cechy, to spostrzeżeniami co do nich nie jest zbędnym się dzielić.

O tym, że we Francji wszystko jest popsute, to już wiemy. Natomiast podczas pobytu we Włoszech na przełomie lata i jesieni, miałem okazję przekopać się przez kilka tysięcy płyt w sklepach, na okazjonalnych i popularnych bazarach staroci oraz na licznych antykwarystycznych straganach ulicznych i było to bardzo przyjemne, zupełnie inne od tego, z czym mam do czynienia na codzień w kraju i oczywiście na swój sposób uczące.

Płyty gramofonowe we Włoszech mają się bardzo dobrze. Jest ich pełno. Być może to spostrzeżenie nie tyczy się całości kraju, ale na bogatej północy nie sposób nie natknąć się na sklepy i poustawiane w podcieniach szafy szczękowe wypełnione starymi książkami i płytami podczas wędrówek po centrach miast.

Rozstrzał cenowy jest spory - niektórzy handlarze  "szczękowi" wołali jak za przysłowiowe zboże. Ale prawda jest taka, że było w czym wybierać. Wszędzie. Płyty zespołów zupełnie niepopularnych w Polsce, takich jak The Fugs, we Włoszech są niemalże na wyciągnięcie ręki.

Jednak im włoski sprzedawca bardziej obeznany i profesjonalny, tym rozsądniejsze ceny. To, co brałem, to były, porównawszy post factum z cenami rynkowymi, ceny jak najzupełniej uczciwe a nawet trochę okazyjne. I na wielu z tych stoisk, gdybym miał do dyspozycji 1000 euro, to wydanie tej sumy nie stanowiłoby żadnego problemu. Muzyczny zawrót głowy. Poza krajowymi, najwięcej trafia się tam płyt francuskich i amerykańskich, które były w powszechnej sprzedaży przed laty (widziałem dużo płyt jazzowych z lat 50. w wydaniach amerykańskich, z wielkimi stemplami BIEM na okładkach i etykietach).

Dla mnie, szperanie tam, to było najbardziej dylematyczne wybieranie płyt w życiu. Czy kupić więcej starych włoskich wydań Françoise Hardy, czy może promo singla Beatli z piękną etykietą "PARLOPHON"? A może olać to i kupić śliczne, starowłoskie wydanie Johna Coltrane'a na czarnym Atlantiku z lat 50.? A może stare francuskie Modern Jazz Quartet?
Ooo, Q65 "Revival". A nie, nie stać mnie. I tak cały czas.

I ja tam nie widziałem żadnej płyty w stanie gorszym niż wizualnie VG/VG+. Żadnej. Nie ma. Nawet u starych dziadków handlujących w podcieniach płytami po un euro. U jednego wypatrzyłem starą amerykańską płytę jazzową na Prestige z wielkim stemplem BIEM z tyłu okładki. Niestety ta okładka okazała się pusta. I to było jedyne rozczarowanie.


Genua, wielki bazar staroci w centrum miasta, jedno ze stoisk z najlepszymi płytami.


Bazar staroci w mocno prowincjonalnym Chiavari. Tam można było kupić rzadkie płyty z holenderską psychodelią i starofrancuskie wydania jazzowe na Savoyu (kupiłem Milta Jacksona).