Autor Wątek: Robert Lenert poleca.  (Przeczytany 9854 razy)

DarkB

  • Sr. Member
  • ****
  • Wiadomości: 483
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #15 dnia: Październik 20, 2014, 11:34:45 »
Beata Przybytek ""I'm gona rock you"

Posłuchałem jutubowej próbki i faktycznie może się podobać. Trochę mi się skojarzyła z Dianą Krall, nawet słuchając początku, gdybym nie widział, że to Beata, pewnie pomyślałbym, że to Diana :P Na pewno wykonawczyni, której warto się bliżej przyjrzeć (przysłuchać ;) )

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #16 dnia: Październik 30, 2014, 23:25:38 »
T-Model Ford „Teledragger”

Ostrzyłem sobie zęby na ten album. Czekałem na coś wyjątkowego, coś co mnie zaskoczy.  Styl wypracowany przez  Jamesa Lewisa Cartera Forda w wytworni  Fast Possum pomimo zmiany wydawcy i producenta nie uległ jakimś drastycznym przemianom.  Nadal to muzyka dla miłośników brzmienia zaproponowanego niegdyś przez Buddy Guya na jego słynnej „Sweet Tea”. Nowością  jest wzmocnienie składu T-Model o saksofon, organy Hammonda oraz fortepian, czy pianino. Oczywiście za bębnami nadal zasiada Spam (Tommy Lee Miles) niezastąpiony muzyczny partner Forda. Starsi panowie grają swoje, bez zaskoczeń, bez zniżki czy zwyżki poziomu, ale to wszystko znamy już z poprzednich albumów i gdyby nie zaproszeni muzycy grupy GravelRoad ( co ciekawe wywodzący się nie z bluesa, ale garażowego rocka rodem z Detroid ) ten album niczym by się nie wyróżniał od wcześniejszych produkcji T-Model Ford. To za sprawą tych dodatkowych muzyków otrzymujemy w efekcie stosunkowo ciekawy materiał muzyczny. Zwłaszcza Hammondy i saksofon barytonowy wprowadzają ciekawe pierwiastki do moim zdaniem wyeksploatowanego stylu weteranów. Problemem tej płyty jest to, że prawie wszystkie utwory przywodzą na myśl, coś co już wielokrotnie zagrano i nagrano. Ktoś powie, że w tej konwencji nie trzeba nowatorstwa. Może będzie miał rację, ale ja preferuję produkcje bardziej oryginalne, odwołujące się w sposób mniej dosłowny do tego co już było. W moim odczuciu zaproszenie post-punkowców uratowało ten album. To za ich sprawą pojawia się chwilami to „coś”, co powoduje, ze muzyka potrafi porwać. Podsumowując uważam ,że to niezła płyta, ale pokazująca też, że konwencja proponowana przez T-Model Ford powoli zaczyna się zużywać.
                                                                                      Robert Lenert

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #17 dnia: Listopad 12, 2014, 15:32:50 »
Ry Cooder „Election Special”

Ry Cooder od lat należy do artystów  wielce mnie intrygujących. Nie chodzi tutaj o bezkrytyczne uwielbienie jego sztuki, ale właśnie o jakąś magnetyczną siłę jego muzyki, która nie pozwala mi być obojętnym. Jedno z nowszych dzieł Coodera nie po raz pierwszy  w historii jego dokonań ma znaczący aspekt  polityczny.  Politykę pozostawię jednak specom od polityki  i skoncentruje się na zawartości dźwiękowej najnowszej płyty.  Americana to termin najlepiej oddający zawartość albumu. Mamy tutaj znakomite stylizacje bluesowe,  folk-rockowe piosenki, lekki powiew country,  szczyptę tex-mex czy lekko futurystyczne  blues-rockery.  Wszystko podane  w sposób perfekcyjny z wielka dbałością o najmniejsze detale. Ry Cooder jest arcymistrzem w grze na  wszelkich gitaro podobnych instrumentach strunowych i  oczywiście  na „Election Special”  nie pozostawia cienia wątpliwości co do swojej wirtuozerii.  Różne rodzaje gitar, bas, mandolina w rekach mistrza wsparte znakomitym fundamentem rytmicznym perkusisty Joachima  Coodera  ( syn  gitarzysty) tworzą perełkowe , misterne aranżacje .  Tutaj nie ma przypadków, wszystko jest znakomicie zaplanowane. Dziewięć autorskich kompozycji  Ry Coodera układa się na tej płycie  w pełną dramatyzmu i piękna na wskroś amerykańską muzyczną opowieść.  Wielowarstwowość muzyki sprawia ,że  z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywam kolejne smaczki, kolejne klejnoty dźwięków, które co raz wypływają na powierzchnię.  „Election Special” to kolejny dowód na niespożytą moc twórcza jednookiego artysty, artysty, który nie odcina kuponów od sławy. Artysty który ma to Coś do powiedzenia.   
                                                                                                                                                    Robert Lenert

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #18 dnia: Luty 24, 2015, 11:36:49 »
Charlie Musselwhite - Juke Jont Chapel

Najnowsza propozycja fonograficzna Charliego Musselwhite to album live zarejestrowany podczas koncertu w Juke Jont Chapel.  Płytę z zaskoczenia otwierają (bez jakiejkolwiek zapowiedzi i gwaru klubowego) dźwięki kompozycji "Bad Boy" autorstwa Eddiego Taylora. Zresztą konferansjerka podczas całego show jest ograniczona do absolutnego minimum. Na program występu grupy pod dowództwem Charliego składa sie garść kompozycji obcych i tyleż utworów autorskich Mussselwhite. Dramaturgia , świetny dobór repertuaru, finezja wykonawcza, znakomite brzmienie całości, to tylko część atutów albumu.  Nie od dzisiaj wiadomo, że Charlie Musselwhite jest jednym z najciekawszych harmonijkarzy żyjących na tej planecie. Mistrz oczywiście potwierdza swoją klasę i na dodatek okazuje się że w gitarzyście zespołu ( Matt Stubbs) ma godnego partnera podczas improwizowania partii solowych. Nieskazitelne brzmienie obu tych instrumentów podpiera nieziemsko pulsująca sekcja rytmiczna. Znamiennym jest , ze nie ma w tej muzyce tzw. wyścigów. Partie solowe tak harmonijki jak i gitary skrzą się od rozwiązań formalnych i oryginalnych pomysłów a nie oklepanych sztuczek technicznych. Niezwykła muzykalność i perfekcyjne wyczucie stylu to główne atuty lidera i jego grupy. Tą muzyką się rozkoszujemy, tę muzykę podziwiamy. Charlie Musselwhite jest od wielu lat nadwornym harmonijkarzem  w składach nagrywających z Tomem Waitsem . A jak wiemy Tom ceni  u swoich współpracowników  oryginalność i kreatywność. Tę indywidualność i kreatywność słychać na tej płycie. Znakomity, bluesowy album!  Czego chcieć więcej? No chyba tego , by posiąść tę płytę.
                                                                                                                                                                                                                                                                   Robert Lenert

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #19 dnia: Sierpień 18, 2015, 18:50:31 »
Dawno tutaj nie pisałem. Pora nadrobić.

Kawabata Makoto & À Qui Avec Gabriel – Golden Tree (2012 r)

Japońska muzyka rockowa, rozrywkowa czy też jazzowa nie jest zbyt popularna w naszym kraju. Owszem co pięć lat podziwiany jest kunszt japońskich pianistek i pianistów podczas Festiwalu Chopinowskiego i w świadomości przeciętnego słuchacza to jest wszystko co wie o muzykach z Kraju Kwitnącej Wiśni. Płyta duetu Kawabata Makoto i À Qui Avec Gabriel , to przykład współczesnej awangardy rockowej. Kawabata Makoto gitarzysta, lider neopsychodelicznej , legendarnej formacji Acid Mothers Temple połączył siły z młodą japońską akordeonistka i śpiewaczką  À Qui Avec Gabriel, która swego czasu zasłynęła wydając bardzo dobrze przyjęty przez krytykę album dla słynnej oficyny „Tzadik” nowojorskiego muzycznego wizjonera Johna Zorna. Omawiany tutaj album zatytułowany „ Golden Tree” wydany w 2012 roku nakładem  „Importal Records” , to trzy długie kompozycje wykonane na glos , akordeon i gitary często traktowane smyczkiem od wiolonczeli. Muzyka ma mocny wydźwięk sakralny. Potęguje go produkcja dźwięku oparta na pogłosach tak charakterystycznych dla świątyń. Gitarowe ambientowe plamy, wschodnio brzmiące wokalizy, mieszają się z francuska tradycją muzyczną zwaną „musette”.  Muzyka jest w stu procentach improwizowana. Interakcja wykonawców, ich wyobraźnia pozwala im tkać niebanalne  muzyczne ornamenty. Tutaj nie ma pośpiechu. Nuty mają czas by wybrzmieć. Nie jest to łatwy w odbiorze materiał. Wymaga on od słuchacza sporego osłuchania i doświadczenia muzycznego oraz otwarcia na wielokulturowość. Jeśli jednak posiądziemy to wszystko zostaniemy oczarowani ogrodem baśniowych brzmień. Więcej tutaj odniesień do współczesnej muzyki klasycznej niż do agresji rocka. Z kolei aspekt związany z wszechobecną improwizacją zbliża ten album do sfery jazzu czy muzycznej psychodelii. Polecam to dzieło zwłaszcza tym z państwa, którzy oczekują od muzyki czegoś więcej niż tylko rozrywki. Gwarantuję zdecydowanie głębsze doznania estetyczne. Jednocześnie lojalnie uprzedzam, że dla sporej grupy odbiorców nie będzie to łatwe zadanie. „Golden Tree” duetu   Kawabata Makoto & À Qui Avec Gabriel to dzieło wybitne , ale i niezmiernie wymagające.
                                                                                                                                                                                  Robert Lenert

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #20 dnia: Grudzień 03, 2015, 18:24:03 »
Dawno mnie nie było w tej zakładce. Pora nadrobić.

The Rolling Stones – GRRR! (2012 r)

Rok 2012 przejdzie do historii muzyki rokowej. To pewne co napisałem. W tymże roku grupa The Rolling Stones świętowała półwiecze swego istnienia. Nie jeden raz zadawano sobie pytania na czym polega fenomen Stonesów. Myślę, że częściową odpowiedź znajdziemy w nazwie zespołu. Toczący się kamień mchem nie porasta. Ta formacja ciągle żyje, nie odcina kuponów od sławy, nie bazuje wyłącznie na starych hitach. Muzycy są nieprzerwanie twórczy od z górą pięćdziesięciu lat. Omawiany trzypłytowy zestaw cd wydany w roku 2012, bardzo godnie przedstawia ten muzyczny fenomen począwszy od pierwszego singla „Come on” a skończywszy na dwóch premierowych nagraniach. Zestaw jest imponujący. Odpowiednio siedemnaście, szesnaście i ponownie siedemnaście utworów na płytę. Znajdziemy tutaj prawie wszystkie znaczące single grupy jak i większość najbardziej charakterystycznych utworów pochodzących z płyt długogrających. Oczywiście, że niemożliwym jest zebranie w jednym wydawnictwie wszystkiego co istotne dla Rolling Stones. Niemniej ten wybór jest bardzo kompetentny i reprezentatywny. Nagrania pojawiają się w cyklu chronologicznym co ułatwia nam śledzenie zmian i trendów jakim w danym czasie podlegali muzycy. Jednocześnie porównując utwory z początku czy środka kariery z tymi najnowszymi uświadamiamy sobie , że muzyka jaką mamy przed sobą to styl, który śmiało można nazwać właśnie The Rolling Stones. Tej kapeli nie można z nikim innym pomylić. Piętno jakie wywiera duet kompozytorski Richards- Jagger , współbrzmienie gitar, gra sekcji nie mają sobie podobnych w całym znanym muzycznym wszechświecie. Stonesi zasługują na miano zespołu wszechczasów i nie chodzi tutaj wyłącznie o muzykę. To problem złożony.
1.Dlugowieczność bez odcinania kuponów ( czyli nie zapominają o tym by brzmieć współcześnie, inteligentnie asymilują w zależności od epoki, jednocześnie zachowując własny styl - w tej dziedzinie depcze im po piętach David Bowie )
2. Stała obecność w charakterze mega gwiazdy zapełniającej stadiony i to bez zmian od 50 lat! Tutaj nie mają konkurencji
3. Kwintesencja rock&rollowych koncertów ( jest jazda, jest lekka nonszalancja, jest zabawa ).... The Who było blisko, ale w skali Wysp Brytyjskich.
4. Ich muzykę doceniają jazz i soul fani , co nie jest normą wśród innych rock& rollowych kapel .
5. To band, jeden organizm... osobno już tak nie błyszczą, ale wspólnie stanowią właśnie ten pędzący ze zbocza głaz, który nie jest łatwo zatrzymać.
6. Trwają nieprzerwanie od swoich narodzin, nie było hibernacji, plotek o rozpadzie .... normalnie ciągle się toczą. Coś jak ZZ Top, ale oni to zdecydowanie nie ten wymiar medialny.
7. W zasadzie nie maja klona , kalki... czyli kapeli grającej dokładnie w ich stylu, czego nie można powiedzieć np. o Led Zeppelin, Genesis i wielu innych.
I jeszcze analiza fenomenu The Rolling Stones od strony muzycznej:
a) biały wokalista nawiązujący do czarnego soulu- ewidentna fascynacja Wilsonem Pickettem
b) do tego zdecydowanie rock&rollowy basista
b) jeden z gitarzystów zakochany w czarnym bluesie..drugi w rocku..ale tym o czarnym odcieniu, czyli nie Elvis a Chuck Berry
d) na domiar wszystkiego perkusista grający jazzowo
e) i staly współpracownik (pianista) zakochany w boogie
f) jeszcze szczypta country i regałów by było więcej do przekładańca
To wszystko wymieszane w tyglu i podlane nieziemskim pulsem /ten spóźniony werbel/ jak to w jazzie nowoczesnym/ w kontrapunkcie z piekielnie punktualnym basistą ... no i wzorcowa współpraca gitar ..zgodnie z zasadą ...osobno, to może i nie jesteśmy najlepsi, ale jak nasze gitarki gadają razem to nikt nam nie podskoczy.
Szanowni państwo posłuchajcie tego albumu, tych nieśmiertelnych kompozycji : Jumpin’ Jack Flash, Satisfacfaction, Angie, Miss You i pozostałych kilku tuzinów zawartych na tej kompilacji. Jeśli lubicie rock&roll, tej płyty nie może zabraknąć w waszych zbiorach. Znakomity zestaw utworów rewelacyjnego zespołu!
                                                                                                                                                                              Robert Lenert

vineelleenn

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 779
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #21 dnia: Grudzień 04, 2015, 20:31:48 »
Robert!
znakomita recenzja Jak i reszta (recenzji!)
(GRRR nie mam=>słabo znam)


Ja niestety nie potrafię pisać tak profesjonalnych recenzji... :(

Teraz słucham ""TATTOO YOU"...
i taki mi pomysł wpadł do łba:
Czy nie wartało by założyć  taki wątek płytowy o  RS z "recenzjami" Ich płyt?
Niekoniecznie chronologiczny... (daty płyt wystarczą)
niekoniecznie tak analitycznych "recenzji"...
Nawet nieco "wikipedyczny"...(czyli coniecokopiujący:()
Ale głównie przypominający ich winylowepółwiecze?

Masz Robert świetne: lekkie i mocno analityczne pióro!

Jeśli masz coś więcej o eReSach to "płytografia RS" aż się prosi!

Wiem!
To już gdzieś jest...
Ale co z tego?
 :fiu:
A tu nie ma...



Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Robert Lenert poleca.
« Odpowiedź #22 dnia: Styczeń 14, 2016, 22:12:22 »
HAZMAT MODINE –  „Bahamut”  i „ Cicada” czyli dwa albumy

To był chyba koniec roku 2007. Troszkę mnie pamięć zawodzi, ale jakoś wtedy za namową koleżanki posłuchałem Nowojorczyków kryjących się pod nazwą Hazmat Modine. Słuszne  to było namawianie! Oj słuszne! Płyta poszła w głąb odtwarzacza i popłynęły pierwsze dźwięki. Z utworu na utwór moje zauroczenie stawało się coraz większe. Bardzo interesujące aranżacje: dwie harmonijki (chromatyczna i diatoniczna), grające brawurowo tak unisona jak i partie solowe. Zamiast basu tuba, rozmaite bębny, do tego jazzujaca gitara i takież saksofony oraz trąbka Pameli Flaming. Nieskażony przedwojenny blues i jazz  mieszający się z calypso, ska, muzyką Bałkanów, muzyką klezmerską, oraz tą z Bliskiego Wschodu. To połączenie tworzy coś co brzmi ponadczasowo i jednocześnie pierwotnie, a co ważne nie jest podobne do niczego co znałem wcześniej. Hazmat Modine opierają się na muzycznych wizjach Wade Schumana, wirtuoza harmonijki i znakomitego wokalisty. Wspierają go wybitni muzycy. Instrumentarium obejmuje różne, często egzotyczne instrumenty, w tym dziwaczne dęciaki (otaven, normaphone, duduk, seng), banjitar, gitarę hawajska i cala masę innych różności a także te bardziej tradycyjne, o których wspomniałem wcześniej. W roli gościa pojawia się  Tuvan śpiewak gardłowy związany z legendarnymi Huun-Huur-Tu, który swoimi wielogłosami dodaje utworom szamańskiego zabarwienia. Hazmat Modine są niekonwencjonalni pod każdym względem. Jednak mimo eklektyzmu i eksperymentatorstwa ich sztuka jest bardzo przyjazna dla słuchacza. Może to wszechobecność pierwiastka bluesowego i niebywałego swingowania powoduje, że ta muzyka jest aż tak porywająca. „Bahamut” to jeden z najlepszych debiutów płytowych jakie było mi dane usłyszeć.  Z wielkim przekonaniem zapraszam wszystkich na na wskroś nowoczesną lekcję etnomuzykologii u podstaw której leży blues i jazz w swej tradycyjnej postaci.  Teraz przyszła kolej na ich najnowszy album z 2011 roku Cicada. Bezsprzecznie są jednym z oryginalniejszych  zespołów w Nowym Jorku, choć najnowszy album w moim odczuciu nie jest tak nowatorski jak debiut. Mamy oczywiście charakterystyczne dla nich połączenie bluesa, reggae, muzyki klezmerskiej i cygańskiej a nawet pewne zabarwienie country. Jednak to co dominuje na Cicadzie to soul odwołujący się raz do dokonań legendarnych War, raz do brzmienia wytwórni Stax, ze wskazaniem na Otisa Reddinga. Zresztą znamiennym jest sięgniecie przez Wade Schurmana i jego kolektyw po jeden z flagowców Reddinga jakim jest „I’ve Been Lonely For So Long”. Podobnie jak na pierwszym albumie nie brakuje pojedynków harmonijkowych Wade Schumana i jego sparing partnera Billa Barretta, ale tym razem są one bardziej zwarte. Nie zabrakło też funkującej tuby Josepha Daley’a. Gitarzyści Michael Gomez i Pete Smith, trębaczka Pam Fleming, perkusista Rich Huntley stają na wysokości zadania. Znamienici goście w postaci Kronos Quartet, Natalie Merchant i Gangbe Brass Band nie są marketingowym dodatkiem, lecz faktycznie wnoszą własne ja. Mieszanie gatunków, wykorzystanie instrumentów, takich jak sheng, claviola ,cymbały rumuńskie do tego nośne kompozycje powodują, że płyta magnetyzuje. Zastanawiam się który z albumów wyżej cenię. Debiutancki Bahamut czy najnowszy Cicada? Odpowiedź nie jest prosta. Bahamut poraził mnie nowatorstwem , natomiast Cicada kompozycjami i soulowością pomimo swojej jak na Hazmatów tradycyjności. Fakt faktem Hazmat Modine wydał w roku 2011 świetny krążek!
                                                                                                                    Robert Lenert