Autor Wątek: Latające imbryki  (Przeczytany 3486 razy)

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Latające imbryki
« dnia: Wrzesień 04, 2014, 17:18:56 »
Chciałem powołać do życia zakładkę około gongową. Czyli wszystko co dotyczy francuskiej grupy Gong /z naciskiem na składy pod wodzą Daevida Allena/. Na dobry początek fragment koncertu z 1973. Jak sami o sobie mówią: "kosmiczny kabaret z przesłaniem"

A tutaj rzecz współczesna Gongu czyli niestrudzony Allen znów u sterów:

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Latające imbryki
« Odpowiedź #1 dnia: Październik 10, 2014, 01:04:00 »
"Gdzies nieopodal ziemi lezy sobie dziwna planetka zamieszkana przez smigloglowych...." Cos takiego wymyslil niejaki Daevid Allen australijski emigrant, gitarzysta, wokalista zakladajac jedna z barwnieszych formacji muzycznych 20 wieku.
Na dzisiaj tyle, bo juz sie zmeczyłem ;)

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Latające imbryki
« Odpowiedź #2 dnia: Październik 11, 2014, 01:04:19 »
Odkopałem i wstawiam ponownie w odcinkach.
Cześć wstępna.
Z relacji Ziemian, którzy mieli kontakt z niezidentyfikowanymi obiektami latającymi, niemalże zawsze wynika, że istoty pozaziemskie próbowały przejąć nad nimi kontrolę (czasem ze skutkiem), porwały ich, lub nawet próbowały zlikwidować niewinne ludzkie istnienie. W najlepszym wypadku wymazały w jakiejś podejrzanej galarecie, po której oczywiście nie pozostało śladu. W przytłaczającej większości wypadków są to zielone potworki, od których zionie kosmiczną nieprzystępnością i powagą.

Tymczasem mało kto wie o istnieniu wiecznie zielonej Planety Gong, z której pochodzą dobrze uśmiglone dzbankogłowe pixy (Pot Head Pixies). Poruszają się one w Latających Imbrykach (Flying Teapots) i porozumiewają się z wybranymi Ziemianami przez telepatyczną miedzymózgową sieć o pozagnomowej częstotliwości zwanej Niewidzialne Radio Gnom (Radio Gnome Invisible).

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Latające imbryki
« Odpowiedź #3 dnia: Październik 13, 2014, 10:53:44 »
Rozdial I

Jednym ze szczęśliwców, który dostąpił zaszczytu uczestniczenia w tej misji był Daevid Allen, z pochodzenia Australijczyk. Człowiek ten znalazł się w najwcześniejszym składzie Soft Machine (1966). Poza tym współpracował z takimi sławami, jak Jimi Hendrix, John Lennon i Yoko Ono, czy Mike Oldfield. Wcześniej, mieszkając jeszcze w Australii, stał się pionierem "Poezji Beatu" (Beat Poetry) w Melbourne późnych lat 50. Był też pomocny w adaptacji wyżej wymienionych zjawisk na grunt brytyjski na początku lat 60.

Kolejnym ambasadorem Planety Gong na Ziemi została poetka Gilli Smyth, pochodzenia francuska, jedna z bohaterek walki o dokonanie "rewolucji seksualnej".

Tych dwoje ludzi spotkało się w końcu lat 60. we Francji i jak się okazało mieli one podobne duchowe wizje i cele, pasję dla poezji i absurdalne poczucie humoru oraz pragnienie, by wyeliminować wszelkie ograniczenia w życiu i sztuce.

Wróćmy jeszcze na chwilę do krótkiej bytności Allena w Soft Machine. Po nagraniu z nią zaledwie jednego singila, został on mistycznie uprzedzony przez Matkę Planetę Gong przy pomocy Niewidzialnego Radia Gnom. Objawilo się to poprzez zastrzeżenia celnikow do jego osoby podczas próby przekroczenia granicy brytyjskiej po zakończonym tourne z Soft Machine we Francji. Wrócony na kontynent Allen stworzył grupę Gong i wraz z resztą towarzyszących mu muzyków stał się Doktorem Oktawą (Octave Doctor). Ich zadaniem na ziemskim padole, było przygotowanie tych wszystkich, którzy słuchając ich muzyki szykują się na rok 2032, rok wielu Pot Head Pixies, które przybędą, by pomoc rozpowszechniać radość w nowych czasach.

Tak w wielkim skrócie przedstawia się zawartość tekstowa płyty "Flying Teapot" pierwszej części trylogii o ogólnym tytule "Radio Gnome Invisible".

Ten szczególny okres w dziejach grupy, kiedy powstał ów tryptyk nie jest przeznaczony dla wszystkich i wcale nie miał takim być. Został stworzony dla tych, których wyobraźnia może wniknąć w najmniejszy kwark wszechświata lub obserwować o dległe galaktyki
bez używania lornetki (natomiast dozwolene jest używanie innych środków pobudzających wzrok w odpowiednim kierunku). Jeśli twoja wyobraźnia potrafi to wszystko objąć, musisz usłyszeć tę grupę.

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Latające imbryki
« Odpowiedź #4 dnia: Październik 14, 2014, 01:38:07 »
Rozdzial II

Płyta "Flying Teapot" z roku 1973 rozpoczyna się od przetworzonego głosu Allena, który brzmi jakby miał on pełne usta wody i mimo tej niedogodności próbował nam coś przekazać. Później dołączają kolejne instrumenty: gitara, space whisper, czyli wokalizy Gilli Smyth, perkusja, klawisze i w końcu saksofon, a głos wokalisty normalnieje, na ile tylko pozwalają mu na to dogmaty Gongu. Swoistymi przerywnikami pomiędzy "cyrkową" atmosferą poszczególnych utworów są fragmenty bardziej medytacyjne, rzec można oniryczne, oparte na brzmieniach syntezatorowych z ewentualnie dodaną space'owo przetworzoną gitarą elektryczną. Często zawierają one w sobie odniesienia do muzyki Wschodu. Nieprzypadkowo zresztą, albowiem Allen niejednokrotnie zdradzał swe zainteresowanie filozofią tamtych stron. Wydatnym tego przykładem jest fakt, że pierwszy Pot Head Pixie na Ziemi nawiązał połączenie telepatyczne właśnie z mieszkańcami Tybetu. Owe fragmenty orientalno - medytacyjne mają za zadanie wprowadzić słuchacza w odpowiedni stan, rodzaj kontemplacji (jeżeli słuchacz sam wcześniej tego nie uczynił, przy wydatnej pomocy halucynogenów, podobnie jak większość słuchaczy Gong w latach 70.). Takie

atmosferyczne brzmienie
posiada introdukcja do utworu tytułowego Flying Teapot. Dalej poprzez z wolna wyłaniającą się z space'u frazy basu lądujemy na ziemię, by zapoznać się bliżej z pojęciem latających imbryków. Gdy już je "obejrzymy", poznajemy ich kierowców w utworze Pot Head Pixies. Allen instruuje nas o fakcie, że Pot Head Pixies nie muszą łapać taksówki bo przecież mają swoje imbryki. Początek tego utworu to genialny popis jak ze jazzowego bałaganu pełnego dziwnych jęków i perkusyjnych uderzeń o różne przedmioty może się wyłonić niemalże niezauważalnie uporządkowany rytm i w końcu cała piosenka. Znów następuje kosmiczny przerywnik, tym razem z apostrofą Zera Bohatera do jednego z dzbankogłowych. Jest to sytuacja niebezpieczna zarówno dla dznakogłowego, jak i też dla założeń Gongu (ze względu na wzniosłość formy). Ten drugi problem zostaje przezwyciężony już za chwilę, bowiem patetyczność szybko przeradza się w jazzowo - dancingowe szaleństwo z solem saksofonu i cała wzniosłość czmycha daleko, ku ciemnym kątom wszechświata. Teraz pojawia się najpiękniejsza kosmiczna faza. Występują w niej już odważnie wszystkie instrumenty, więc nie jest ona już tak kontemplacyjna, ale fantastycznie porywająca. Syntezatory i gitary hipnotyzująco wirują pomiędzy głośnikami, a nieprawdopodobne parę fraz klawiszy pod koniec dodaje jej niesamowitości. I znów niespodziewane przejście do kolejnego utworu pod dwuznacznym tytułem: "I'm Your Pussy", czyli duet Gilli i Daevida, którzy nota bene około 1974 roku pobrali się. Ona występuje tu w roli czarodziejki Yoni, on jako Bohater Zero. Zaznaczyć przy tym trzeba, że śpiew Daevida Allena jest szalenie pogodny zarówno w tym utworze, jak i na całej płycie. Wynika to przede wszystkim z faktu barwy głosu Allena, która na pewno nie nadawałaby się do pieśni żałobnych.

Po ukończeniu "Flying Teapot" w obozie Gongu nie wszystko szło, jak powinno. Allen i Smyth opuścili szeregi grupy. Od marca do kwietnia 1973 roku reszta grupy (Tim Blake, Steve Hillage, Mike Howlett, Didier Malherbe i nowy perkusita, francuz Pierre Moerlen) koncertowała w Europie jako Paragong. W tym czasie muzyka grupy zaczęła się zmieniać, by stać się bardziej uporządkowaną. Szczególnie Hillage i Moerlen wzmocnili swoją władzę nad kierunkiem poczynań muzycznych zespołu. W rezultacie utwory stały się bardziej rozimprowizowane, na niekorzyść allenowskiej spontaniczności.

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Latające imbryki
« Odpowiedź #5 dnia: Październik 15, 2014, 21:34:36 »
Rozdzial III

Latem '73 Daevid i Gilli znów pojawili się w Gong i grupa przystąpiła do nagrywania nowej płyty. Efektem tego był album "Angel's Egg". Płyta ta okazała się znacznie bardziej profesjonalna dzięki wciąż rosnącym umiejętnościom muzyków. Podobnie jak na "Flying Teapot" grupa nie poddała się swej dążności do obalania wszystkiego co zbyt poważne. Ukoronowaniem tych starań był utwór Givin My Luv To You zaśpiewany a'capella głosami jakby dochodzącymi z jakiejś

kosmicznej knajpy,
do której wpadła grupa na mały rekonesans.

Tym razem na polu komponowania muzyki Allen stracił swą dominację. Ważną rolę jako twórca zajął saksofonista Didier Malherbe, mający już za sobą niemałe doświadczenie na scenie muzycznej, Hillage, który swą gitarą dodawał muzyce jeszcze więcej głębi, jak również Moerlen. Temu ostatniemu, w odróżnieniu od nastawionej na budowanie klimatu reszty, zależało bardziej na pokazaniu wirtuozerskiej strony grupy.

W sumie muzycy zaoferowali słuchaczowi utwory złożone z ambientowo - space'owej tkanki, obficie polanej rockowym sosem. Głównym elementem nadającym muzyce właśnie taki charakter było mistrzowskie zazębianie się instrumentów dwóch członków grupy, którzy już na dobrze zdążyli sie w niej zaaklimatyzować: Steve'a Hillage'a i Tima Blake'a, których glissandowa gitara i syntezator dostarczały pogodnie mantryczną kotarę dla eklektycznych paternów i ciągnących się kod saksofonu Malherbe'a. Rytm był mocny i zwarty, dzięki sprawnej jak nigdy dotąd sekcji rytmicznej: Mike'owi Howlett'wi (bas) i Pierr Moerlenowi (bębny), dającej eterycznej poezji Allen'a and Smyth znakomicie dopasowany podkład (jakkolwiek nie można nazywać tego tylko podkładem).

Koncerty Gongu w tym czasie stały się również o wiele bardziej profesjonalne. Na żywo Gong wypadał, wedle niektórych, nawet lepiej niż w studiu, między innymi dzięki zastosowaniu laserów (po raz pierwszy w rocku). Również ubiory szokowały swoją niezwykłością, jak na przykład szpiczaste czapki mające upodobnić poszczególnych muzyków do ich mitologicznych odpowiedników z trylogii. Wówczas Allen określał grupę jako "bardziej kobiecą wersję Hawkwind".

Wartym wspomnienia jest fakt, iż na kompaktowej reedycji znajduje się dodatkowy utwór: Ooby-Scooby Doomsday or the D'Day DJ's Got the D.D.T Blues. Ten "bonus track" jest w rzeczywistości utworem "obciętym" z longplaya koncertowego "Live etc." z powodu... ograniczeń objętościowych kompakt dysku. Dzięki temu pierwotnie podwójna płyta winylowa zamieniła się w jeden srebrny krążek. Dodatkowo możemy przeczytać we wkładce do płyty "Angel's Egg", że utwór ten był "Pomysłem Daevida na listę przebojów singlowych Top 40".

Na nieszczęście dla tej grupy utopijnych marzycieli i dewiantów nadchodził czas zmian. W 1973 wytwórnia Virgin która do tej pory pobłażała ich obrazoburczości i bezpośredniości, zaczęła lokować pieniądze w innej muzyce, zwłaszcza po sukcesie Dzwonów Rurowych Mike'a Oldfield'a. Nieco później, wraz z postępująca dekadą, nastąpiła era punk, która umieściła Gong w jednym worku z rockiem progresywnym, z grupami takimi jak King Crimson, ELP itd. Tymczasem porażająca większość fanów tych dwóch formacji nigdy nie stała i nie stanie się odbiorcami jakże innej twórczości - muzyki Gong.
Nie wiadomo, czy ratując się spontanicznie, z czystej aprobaty dla punka, grupa Gong miała juz wkrótce skierowac swe kroki właśnie w tym kierunku, tracąc wiele ze swej hippisowskiej niewinności.
Zanim to jednak nastąpiło świat miał ujrzeć ukoronowanie tego co powstało w wyobraźni Allena i przy pomocy jego przyjaciół stało się rzeczywistością: Trzecią część Imbrykowej Trylogii.

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Latające imbryki
« Odpowiedź #6 dnia: Październik 16, 2014, 15:33:45 »
Rozdzial IV

Muzyka na ostatnią część trylogii "tworzyła się" latem 1973 r. i według Allena wszystko szło znakomicie. Ale już jesienią tego roku rzeczy zaczęły się komplikować. Jaka była tego przyczyna? W odróżnieniu od reszty, Daevid odrzucił narkotyki i próbował wyperswadować to samo posunięcie reszcie. Tymczasem zwłaszcza młodsi członkowie grupy byli tak gorliwi w swojej "konsumpcji", że na do tej pory niezachwianej konstrukcji Gong, pojawiła się pierwsza rysa.

Mimo tak poważnych problemów płyta "You" jednak ujrzała światło dzienne i, co więcej, okazała się najbardziej wymyślnym i wysmakowanym osiągnięciem w dotychczasowej historii Gong. Do tego dochodziła znacznie lepsza produkcja nadająca muzyce więcej subtelności, tym samym ujmując drażniącej niektórych dawnej surowości. To, co jeszcze odróżniało "You" od poprzednich płyt to większy wpływ reszty członków grupy. W szczególności Hillage'a i Moerlena. Pierwszy, dzięki ciągotom ku muzyce bardziej skomplikowanej osadził w kompozycjach długie improwizacje, które znacznie wydłużyły czas trwania kompozycji i nadały im charakter bardziej medytacyjny. Pierre Moerlen natomiast, czy się to komuś podoba, czy nie, jako klasycznie grający perkusista zrobił porządek z, do tej pory, "rozbrykaną" warstwą rytmiczną.

Album "You" jest wedle wielu najwybitniejszym dziełem Gongu. Stanowi on ten fragment dyskografii, który lubiany jest zarówno przez wczesnych fanów, którzy lubili całkowicie zwariowany Gong z całkowicie zwariowanymi tekstami, jak i przez tych późniejszych - rozsmakowanych w rytmach bardziej z pogranicza acid jazzu i mainstream fusion, czyli tego, czego dokonał Gong z Pierr Moerlenem. Jest też biblią dla teórców nowoczesnej muzyki trans. Stała się tez punktem wyjściowym dla kierunku w jakim poszedł gotarzysta Gongu, Hillage. Na swoich płytach solowych bowiem Steve'owi udało się połączyć filozofię Gongu z nieco bardziej ułożoną wersją tego, czego współtwórcą był w grupie. Jest on też tym członkiem Gong, który jako jedyny tak wyraźnie zbliżył się do rocka progresywnego, co przysporzyło mu właśnie wielbicieli, którzy nie znali go z Gong. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że jest on najwybitniejszym gitarzystą tego nurtu. Rzeczywiście, bez wyrzutów sumienia można polecić jego trzy pierwsze płyty: "Fish Rising"(1975), "L"(1976), "Motivation Radio"(1977), a także płytę koncertową "Live Herald"(1979), będącą podsumowaniem najlepszego okresu twórczości Hillage'a. Zaczątki tego, co tworzyło zręby jego stylu w latach późniejszych odnajdujemy właśnie na "You". W szczególności space'owy, a jednocześnie ukazujący zdolności poszczególnych muzyków The Isle Of Everwhere. Mamy tu popisy instrumentalne na tle hipnotyzującego rymu perkusji i basu plus nowatorskie wykorzystanie syntezatorów, nie tak, by pokazać ich możliwości, lecz by przekazać jak największy ładunek energii.

Ich barwa dźwięku przypomina nieco brzmienie z płyt Pink Floyd, szczególnie zaś "Wish You Were Here". Do tego dochodzi jeszcze patent Gilli, która swój głos używała jako instrumentu i nazwała go kosmiczny szept nadają kompozycjom mistycznego uniesienia. Sprinkling of Clouds rozpoczyna się hinduskim, medytacyjnym rytmem, by nagle wybuchnąć pod tytułowe obłoki. Ogólnie niemalże wszystkie utwory mają ten charakter, może za wyjątkiem trzech pierwszych fragmentów stanowiących rodzaj intra, które jednak nie przekraczają w sumie sześciu minut. Na koniec płyty następuje jeszcze coś w rodzaju przypomnienie głównych wątków muzycznych z poprzednich płyt, a potem temat przewodni warstwy tekstowej "You", którego sens można wyrazić w zdaniem kończącym płytę: GONG IS ONE AND ONE IS YOU. Zdanie to wyraża dążność Allena, a jednocześnie wielkie jego marzenie, by zlikwidować podział na słuchaczy i wykonawców, by, tak jak w anarchii, nie było podziału na rządzących i rządzonych.

Robert007Lenert

  • Hero Member
  • *****
  • Wiadomości: 502
    • LOS AGENTOS
Odp: Latające imbryki
« Odpowiedź #7 dnia: Marzec 14, 2015, 21:25:23 »
Ubiegłej nocy historia Gong dobiegła końca. Daevid Allen odszedł z tego świata. Nie wyobrażam sobie tej kapeli bez Allena u steru.